pogadajmy o uczuciach ... zgłoś
biorąc pod uwagę, że większość tematów tu poruszanych dotyczy praktycznych porad lub pytań: jak wejsć, którędy, czy trudno i tratata-podobnych, proponuje pogadać trochę o czyś więcej, a mianowicie o tym co w nas siedzi kiedy w te góry jedziemy, co nas ku temu skłania i skąd to się wzięło, co czujemy chodząc po nich i co nam to daje ...
nie wiem jak dla Was, ale dla mnie każdy wyjazd to kompletne oderwanie sie od rzeczywistości w której jestem na codzień ... to swoisty format umysłu, czyszczenie pamięci, aby móc od nowa pod zupełnie innym kątem spojrzeć i ocenić co w niej zostało ... to leczy, to uczy, do dodaje sił ...
bardzo często łażąc po górach wyłączam się zupełnie, co więcej, nie potrafię nawet powiedzieć czy o czymkolwiek wtedy myślę ... nie potrzebuję też z nikim rozmawiać (czytaj: klepać bez pamięci - jak czyni to wielu), delektuję się ciszą, kolorem, perspektywą ... ktoś kiedyś powiedział: "nie odzywaj się, chyba że potrafisz ulepszyć ciszę" - i trzymam się tego
czasem siedząc sobie w jakimś pięknym, spokojnym miejscu zawieszam się jak zapchany komp, aż ktoś lub coś mnie z tego miłego odrętwienia wybudzi ... czasem szybuję sobie nad szczytami i wracam na miejsce ... uczucie przestrzeni jest najpiękniejsze ... nigdy nie myślę pesymistycznie, nigdy nie myśle, że coś może sie tu stać, to z resztą przeczyłoby oderwaniu o którym mówię ...
jeśli jest niebo, niech takie dla mnie będzie ...
powrót do rzeczywistości nie ma u mnie charakteru szoku, lecz przebiega łagodnie ... wracam do pracy i nie wiem o czym rozmawiają ludzie ... nie wiem czemu wytrzeszczają oczy, wymachują rękami i czemu są tacy krzykliwi, czemu tak biegają tam i z powrotem ... chodzę pomiędzy nimi otoczona jakąś zasłoną od ktorej odbijają się wszystkie piłki ... to trwa kilka dni, a potem wszystko wraca do normy ... jeszcze sen ... po dłuższym wypadzie śnią mi sie kamienie, szare chodniki, szare skały, kamloty pod nogami - raczej zejścia niż to co widzę podnosząc głowę, a szkoda, bo nie byłoby to tak męczące
nagadałam się strasznie, ale mam dziś jakiś sentymentalny dzień ...
pozdrawiam wszystkich i czekam na opis Waszych emocji
nie wiem jak dla Was, ale dla mnie każdy wyjazd to kompletne oderwanie sie od rzeczywistości w której jestem na codzień ... to swoisty format umysłu, czyszczenie pamięci, aby móc od nowa pod zupełnie innym kątem spojrzeć i ocenić co w niej zostało ... to leczy, to uczy, do dodaje sił ...
bardzo często łażąc po górach wyłączam się zupełnie, co więcej, nie potrafię nawet powiedzieć czy o czymkolwiek wtedy myślę ... nie potrzebuję też z nikim rozmawiać (czytaj: klepać bez pamięci - jak czyni to wielu), delektuję się ciszą, kolorem, perspektywą ... ktoś kiedyś powiedział: "nie odzywaj się, chyba że potrafisz ulepszyć ciszę" - i trzymam się tego
czasem siedząc sobie w jakimś pięknym, spokojnym miejscu zawieszam się jak zapchany komp, aż ktoś lub coś mnie z tego miłego odrętwienia wybudzi ... czasem szybuję sobie nad szczytami i wracam na miejsce ... uczucie przestrzeni jest najpiękniejsze ... nigdy nie myślę pesymistycznie, nigdy nie myśle, że coś może sie tu stać, to z resztą przeczyłoby oderwaniu o którym mówię ... jeśli jest niebo, niech takie dla mnie będzie ...
powrót do rzeczywistości nie ma u mnie charakteru szoku, lecz przebiega łagodnie ... wracam do pracy i nie wiem o czym rozmawiają ludzie ... nie wiem czemu wytrzeszczają oczy, wymachują rękami i czemu są tacy krzykliwi, czemu tak biegają tam i z powrotem ... chodzę pomiędzy nimi otoczona jakąś zasłoną od ktorej odbijają się wszystkie piłki ... to trwa kilka dni, a potem wszystko wraca do normy ... jeszcze sen ... po dłuższym wypadzie śnią mi sie kamienie, szare chodniki, szare skały, kamloty pod nogami - raczej zejścia niż to co widzę podnosząc głowę, a szkoda, bo nie byłoby to tak męczące
nagadałam się strasznie, ale mam dziś jakiś sentymentalny dzień ...
pozdrawiam wszystkich i czekam na opis Waszych emocji
